Siódma Góra

Peggy Rathmann „Dobranoc, gorylku”

Nie tylko pluszaki

Książka Peggy Rathmann „Dobranoc, gorylku” jest niewielka lecz milutka. Nie, żeby taka całkiem mała. Ma bowiem kartonowe grube karty znamionujące wydawnictwa dla niedużych dzieci. Karty te mają zaokrąglone rogi, żeby takie nieduże dziecko nie włożyło sobie ostro zakończonej krawędzi do oka. Książka, prócz przyjaznej maluchowi formy, ma także inną poważną zaletę. Przejdźmy zatem do treści.

Otóż w „Dobranoc, gorylku” nie za bardzo wiadomo, o co chodzi. Czytelnik, bez względu na wiek, czyta kilka razy i dalej nie wie. Nie wie, kim jest tytułowy bohater – czy on tu pracuje, czy jego aktywność to jedna wielka psota. Nie wie – czy wszystkie zdarzenia pokazane (bo to jednak książka bardziej obrazkowa, niż do czytania) zostały zaplanowane, czy to raczej spontaniczny wybryk natury. Niejasne są relacje między bohaterami. Najważniejsze – nie ma jednego rozwiązania intrygi. Nie da się tego wszystkiego wyjaśnić w prosty sposób. Czytelnik musi się głowić, wymyślać tę opowieść na bieżąco tak, by powstała spójna opowiastka, logiczna narracja. Co się przy tym czytelnik napracuje, to jego. Po co komu morał na talerzu, gdy może mieć goryla w odmętach własnej twórczości. Świetna zabawa dla całej rodziny. Jej członkowie pochyleni nad książką będą dyskutować, tłumaczyć wykoncypowane motywy, prześcigać się w oryginalnych wyjaśnieniach. Będą  o  tym gadać także długo po odłożeniu książeczki na półkę – przy obiedzie, w tramwaju, przed zaśnięciem. Dobranoc, gorylki, śpijcie słodko w swoich łóżeczkach. Książka ma inspirować, czyż nie?

Lubię też nastrój wykreowany przez Rathmann. Późny wieczór, może już noc, na peryferiach miasta. Rozum dozorcy zasypia, nie budzą się żadne demony, zamiast tego  z klatek wychodzą zwierzęta egzotyczne i nie kąsają. Chcą po prostu wleźć pod pierzynę, albo przynajmniej poleżeć na dywanie. Jest cicho i przytulnie. Jeśli do zoo, to tylko nocą.

JP

Peggy Rathmann „Dobranoc, gorylku”, wydawnictwo Dwie Siostry, 2019.